Mam na imię Beata, od września 2016 roku mieszkam we Włoszech. Zajmuję się tłumaczeniami pisemnymi i ustnymi, marketingiem internetowym oraz promocją Włoch w języku polskim, włoskim i niemieckim. Więcej na temat mojej działalności zawodowej przeczytasz na stronie mojej firmy BKG Lingue Marketing. Natomiast tutaj dowiesz się o włoskich miastach i miasteczkach, o jeziorach i górach, o lokalnych ciekawostkach i o włoskiej kulturze. Znajdą się tu informacje dla turystów, dla osób przyjeżdżających do Włoch na dłuższy pobyt czasowy (na przykład na studia) oraz dla imigrantów. Sporo miejsca poświęcę również życiu codziennemu, w tym szczególnie życiu z psem. Jako Polka we Włoszech będę również promować działających tu polskich przedsiębiorców, zwłaszcza kobiety.

Z Wermutem w Desenzano del Garda

Strona powstała z mojej miłości do Włoch. Przyjechałam tu z moim ukochanym psem, owczarkiem belgijskim Wermutem, na początku września 2016 roku. Najpierw na Erasmusa do Bolonii, gdzie mieszkaliśmy 11 miesięcy. Jezioro Garda (na zdjęciu wyżej) było celem naszej pierwszej większej wycieczki. Zakochałam się w tym miejscu. Gdy kilka miesięcy później zaczęłam rozglądać się za miejscem do zamieszkania na stałe, szukałam miasta, z którego miałabym blisko nad to jezioro. Tak znalazłam Brescię. Wermut mieszkał tu ze mną dokładnie 7 miesięcy, do swojej śmierci…

.

Beata znaczy szczęściara

 

 

Miłość do Włoch mam chyba wrodzoną. W maju 1961 roku, kilkanaście miesięcy przed moimi narodzinami, moja mama została wybrana Miss Juwenaliów – Najmilszą Studentką Krakowa i wygrała wycieczkę do Włoch. Na paszport i wizę „trochę” się wtedy czekało, więc wycieczka wypadała w sierpniu następnego roku. Mama zaczęła uczyć się włoskiego i uczyła się nadal w ciąży, ale termin wycieczki wypadał w ósmym miesiącu, więc lekarz zabronił jej jechać. Niestety nigdy do Włoch nie dotarła. Dopiero ja zrealizowałam jej marzenia o włoskiej przygodzie. Mam po tej jej wyprawie, która nigdy nie doszła do skutku, zamiłowanie do języka i kultury oraz imię. Beata znaczy po włosku „szczęściara”.

Polka we Włoszech turystycznie

Wenecja, Pl. św. Marka, 29.04.1994
Rzym, Koloseum, 30.04.1994

Gdy ponad 25 lat temu zaczynałam uczyć się włoskiego, nawet do głowy mi nie przyszło, że kiedyś skończy się to studiami italianistycznymi, emigracją do Włoch i pracą w tym języku. Mama już wtedy od kilku lat nie żyła. Ja od prawie 10 lat byłam tłumaczką niemieckiego, pracowałam w wydawnictwie i miałam już na swoim koncie ponad 20 przetłumaczonych książek. Po prostu – wykupiłam wycieczkę do Wenecji i Rzymu. I tak, jak 32 lata wcześniej mama, zaczęłam uczyć się włoskiego. Postawiłam sobie za punkt honoru, że nie będę we Włoszech posługiwać się niemieckim ani angielskim.

Studia italianistyczne

Tak już mam, że każde hobby wcześniej czy później zamieniam w studia, a następnie w zawód. Tak było również z włoskim. W 2011 roku poszłam na tłumaczenie specjalistyczne z językiem rosyjskim i włoskim na Wydziale Lingwistyki Stosowanej UW. Jednak włoskiego było tam dla mnie za mało, więc po trzech latach zrezygnowałam, żeby pójść na filologię włoską. Wadą tego pomysłu było to, że w rezultacie trzy razy zaczynałam naukę włoskiego od podstaw. Zaletą natomiast to, że te podstawy i włoską gramatykę ugruntowałam „na blachę”. Na lingwistyce prowadzącej praktyczną naukę języka włoskiego dość szybko znudziło się stawianie mi ciągle 5+, więc po trzech miesiącach przeniosła mnie do grupy zaawansowanej. A na filologii włoskiej trafiłam do grupy świetnej, bardzo wymagającej prowadzącej, więc już w grudniu miałam co robić na zajęciach. Pod koniec I roku studiów na italianistyce zaczęłam zastanawiać się nad wyjazdem na III roku na Erasmusa do Włoch.

Polka we Włoszech na Erasmusie z psem​

Wermut i Yasser, fot. Jacek Borman

Pomysł był o tyle karkołomny, że miałam wtedy dwa owczarki belgijskie (zdjęcie powyżej), a jeden z nich chorował na padaczkę. Problemem było znalezienie mieszkania, w którym zaakceptują dwa duże psy, oraz przewiezienie ich do Włoch, bo pociągiem jedna osoba może jechać tylko z jednym. Kwestię mieszkania rozstrzygnęłam tak, że będę szukać samodzielnej kawalerki. Nie łudziłam się, że ktokolwiek wynajmie pokój osobie z dwoma psami. Już z jednym było to zgodnie z moimi polskimi doświadczeniami wątpliwe. Natomiast co do podróży, postanowiłam, że zafunduję komuś wakacje we Włoszech, żeby nas tam zawiózł.

Jednak życie miało własny scenariusz… W październiku 2015, gdy byłam na początku II roku studiów i kilka miesięcy dzieliło mnie od rekrutacji na Erasmusa, choroba Yassera nagle się nasiliła, miał nawet po 2-3 ataki dziennie. Nie było już mowy o tym, żeby zabierać go do Włoch, mógłby nawet nie przeżyć podróży. Ale moja koleżanka zgodziła się nim zaopiekować podczas mojej nieobecności, więc wzięłam udział w rekrutacji i zakwalifikowałam się na Uniwersytet w Bolonii.

Los okazał się okrutny, 30 czerwca 2016 roku, w swoje ósme urodziny, Yasser miał trwający kilkanaście minut stan padaczkowy. Przeżył, ale zamienił się w roślinę, przestał poznawać już nawet mnie i Wermuta. Jeszcze walczyłam, zmieniałam leki, zwiększałam dawki do granic możliwości. Częstotliwość ataków w końcu się zmniejszyła, ale mózg już się nie zregenerował i na początku sierpnia musiałam Yassera uśpić.

Po prawie 24-godzinnej podróży pociągiem z czterema przesiadkami 2 września 2016 roku dotarliśmy z Wermutem do Bolonii. Była naszym domem i bazą wypadową do zwiedzania północnych Włoch przez prawie 11 miesięcy.

W czasie pobytu na Erasmusie zwiedziliśmy między innymi Bolonię, Weronę, Wenecję, Florencję i Modenę. Byliśmy także na wycieczce w Apeninach.

Polka we Włoszech na emigracji

Jakoś w połowie pobytu w Bolonii zaczęłam zastanawiać się nad emigracją. Bezpośrednim impulsem było wycięcie drzew w naszym parku na warszawskim Powiślu. Wtedy jeszcze nie myślałam o żadnym konkretnym mieście ani nawet w ogóle o Włoszech. Ale mijały kolejne miesiące, nie miałam nawet kataru, chociaż w Warszawie ciągle chorowałam na zapalenia zatok i oskrzeli. Dlatego zdecydowałam, że jednak Włochy. Wybrałam miasto przypominające mi pod wieloma względami mój rodzinny Rzeszów. Pełne zieleni, położone u stóp gór i między dwoma pięknymi jeziorami. Brescię. 

Dworzec kolejowy w Bresci
Góry nad Brescią
Wermut po zdobyciu Castello di Brescia
Wermut na Zamku w Bresci
.